Pora wrzucić drugi bieg - Chelsea24News
Pora wrzucić drugi bieg
Pora wrzucić drugi bieg

Pora wrzucić drugi bieg

Wokal Freddy’ego Mercury’ego, walki kogutów na Filipinach, czas mojej twórczej posuchy na stronie, letnie transfery Chelsea, zajebiście duża dynia. Co łączy te wszystkie rzeczy? Dam wam chwilę na zastanowienie, a korzystając z chwili czasu nadmienię tylko, że to, co zaraz przeczytacie, zakładając optymistyczny scenariusz, że jeszcze nie zamknęliście karty w przeglądarce, nie będzie wzorową merytoryczną analizą, być może nawet nie będzie blisko takowej. Puszczę w eter kilka pytań, na niektóre postaram się odpowiedzieć, przetestuję moją nową kryształową kulę, trochę pofantazjuję i ponarzekam – ot, chwila futbolowej prywaty, przy której, dzięki mojej uprzejmości, będziecie mogli mi potowarzyszyć.

Wracając jednak do naszej zagadki – macie racje, nie łączy ich zupełnie nic. No może poza bardzo zbliżonym poziomem spektakularności. Poziomem spektakularności, który w przypadku naszych letnich wzmocnień, relatywnie do lat ubiegłych, zdaje się być niemal abstrakcyjny i właściwie nie pozwala, aby cokolwiek innego stało się punktem wyjścia do moich dalszych rozmyślań aka futbolowego bełkotu.

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się aż takich fajerwerków. Nauczony doświadczeniem, od samego początku z dużym przymrużeniem oka traktowałem wszelkie medialne doniesienia, dotyczące kolejnych transferów. Te jednak sukcesywnie zyskiwały na wiarygodności, aż w końcu niemal wszystkie, ku mojemu zdziwieniu, stały się faktem. Sygnał wysłany w stronę Liverpoolu i Manchesteru City wydaje się być więc dość wyraźny – panowie, my w tym sezonie nie będziemy statystami, my po was idziemy.

Nie chcę silić się na profesjonalną analizę każdego wzmocnienia i ferować wyroki czy dany wybór personalny był najoptymalniejszy z optymalnych i najdoskonalszy z najdoskonalszych. Daleki jestem też od stwierdzenia, że mamy za sobą najlepsze okienko w historii klubu – to pytanie postawione jest w zdecydowanie złym miejscu na osi czasu. Chcę jednak powiedzieć jedno – gdybym miał mniej spraw na głowie i znalazł czas na granie w Football Managera, moje poczynania na rynku transferowym, wynikające z analizy słabych punktów drużyny, byłyby bliźniaczo podobne do tego, czym uraczył nas klub ze wspaniałą Mariną na czele. Timo Werner, Hakim Ziyech, Kai Havertz, Thiago Silva, Malang Sarr, Ben Chilwell oraz Edourd Mendy – naprawdę, każdy z nich czysto teoretycznie zdaje się być idealną reakcją włodarzy na bolączki zeszłego sezonu. Problemy ze skutecznością? Proszę bardzo, przed państwem człowiek, który od 4 sezonów utrzymuje się w ścisłej strzeleckiej czołówce Bundesligi. Chaos i brak wyraźnego lidera w bloku defensywnym? Nie ma problemu, przywitajcie jednego z najbardziej doświadczonym środkowych obrońców poważnej europejskiej piłki. Brak odrobiny fantazji i polotu w trudnych momentach? Hakim, rozgość się, przywitaj z chłopakami, tutaj możesz zostawić swoją magiczną różdżkę. Do sensowności wzmocnienia lewej obrony oraz pozycji bramkarza nie będę się nawet odnosił, bo zbyt dużym szacunkiem darzę Waszą kibicowską świadomość.

Czymś „ekstra”, wychodzącym ponad program zdaje się być sprowadzenie Kaia Havertza. Nie będę ukrywał, że mam wrażenie, iż Londyn prawdopodobnie jest tylko przystankiem przed transferem do Realu bądź Barcelony, nie mniej jednak widzę tu swego rodzaju statement ze strony klubu pod tytułem „my ponownie stajemy się mocnym graczem na rynku transferowym, my znowu jesteśmy atrakcyjni”, a to dobrze wróży na przyszłość. Osobiście cieszy mnie też fakt, że wybór agentów i samego Kaia padł właśnie na nas. Czuję się przez to w pewien sposób usprawiedliwiony – okazuję się bowiem, że moje fantazje o wielkim projekcie Franka Lamparda, nie są tylko efektem myślenia życzeniowego, ale przyszłość widzą w nim również specjaliści w swoim fachu i są zdania, że to dobre miejsce na rozwój dla jednego z największych talentów światowej piłki.

I powinienem się cieszyć. Powinienem się cieszyć, bo ta układanka uzupełniona o nowe puzzle, zdaje się coraz bardziej przypominać obrazek na pudełku. Ale pomimo tego, że w gruncie rzeczy faktycznie się cieszę, to czuję też spory niepokój, może nawet lekki strach. I to chyba właśnie efekt wspomnianego już myślenia życzeniowego. Moje fantazje i oczekiwania dotyczące najbliższych lat są na tyle duże, a może nawet zbyt wybujałe, że zwyczajnie nie chcę, aby rzeczywistość okazała się inna. A powiedzmy sobie szczerze – ten sezon wiele nam wyjaśni i wiele powie o rzeczywistym potencjale projektu „Frank Lampard londyńskim sir Alexem Fergusonem”. Sytuację kadrową mamy najlepszą od lat, dysponujemy zawodnikami niezwykle elastycznymi i wielowymiarowymi, co daje trenerowi gigantyczne pole do popisu jeśli chodzi o ustawienie i taktykę. Najbliższe kilkanaście miesięcy będzie więc naprawdę poważnym testem i weryfikacją warsztatu Franka. I o ile rok temu presja oczekiwań była raczej niewielka, a brać kibicowska wiele potrafiła wybaczyć, tak teraz całe środowisko piłkarskie widzi w nas poważnych kandydatów do napsucia krwi podopiecznym Kloppa i Guardioli. W tym ja.

Nadzieje są więc duże i raczej uzasadnione. A jeśli mowa o dużych nadziejach, to takowe towarzyszyły mi również podczas premiery najnowszej produkcji Christophera Nolana. I wspominam o tym nie tylko dlatego, że brutalnie się zawiodłem i chcę dać temu wyraz szerszej publice, ale ze względu na powód mojego brutalnego zawodu. Nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze filmu nie widzieli, więc powiem w największym możliwym skrócie: za dużo. Za dużo Nolana w Nolanie. I tego właśnie początkowo bałem się obserwując naszą małą rewolucję kadrową – czy nie za dużo. Dobra, nagiąłem to porównanie do granic możliwości (chyba potrzeba wylania żalu odnośnie Tenetu była zbyt duża), ale zmierzam do tego, że trochę wbrew logice, nie byłem przekonany do tylu zmian. Wbrew logice, bo przecież te zmiany były konieczne, aby nawiązać walkę z czołówką i zrobić krok do przodu. I ja to wiem, ja to pochwalam i cieszę się niezmiernie, że do nich doszło. Ale delikatnie mi to burzy pewien romantyczny paradygmat, dotyczący tej drużyny, który sobie wstępnie uformowałem w głowie. A mianowicie obraz drużyny, w której prym wiodą wychowankowie, w którym to oni są rdzeniem i osią centralną całego projektu. Bardzo chciałem zobaczyć Chelsea ciągniętą przez Abrahama, Hudsona-Odoi, Mounta, Tomoriego, Jamesa, Loftus-Cheeka oraz atakującego pierwszy skład Billy’ego Gilmoura. Teraz nie ukrywajmy, ich udział będzie mniejszy. I nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że nienaruszalny środek pola stanowić będzie trójka Kante-Kovacic-Havertz, a z przodu każdy mecz zaczynać będzie tercet Pulisic-Werner-Ziyech. Nie. Chłopcy będą grać i nadal będą stanowić o naszej sile, nie mniej jednak trochę po cichu liczyłem na szybsze przemianowanie naszych perełek na topowe gwiazdy ligi. Także zasadniczo wychodzi na to, że chciałem zjeść ciastko i mieć ciastko, nie obrażę się jednak jeśli ostatecznie tego ciastka mieć nie będę. Pod warunkiem, że smak naprawdę zachwyci moje kubki smakowe.

Kończąc powoli te moje głośne rozmyślania, wrócę jeszcze na chwilę do poruszonego już wątku filmowego. Kluczem do sukcesu nigdy nie jest obsada. Kluczem do sukcesu jest grupa ludzi z reżyserem na czele, którzy mają wizję i potrafią nadać dziełu odpowiednią formę, treść oraz wartość estetyczną. Wówczas dopiero istotny staje się warsztat aktorski bohaterów. Nasz reżyser dostał na produkcję „Sezon 2020/21” bardzo wysoki budżet oraz obsadę z hollywoodzkiego topu. Dostał aktorów potrafiących zagrać zarówno bawiącą do łez rolę komediową, jak i wymagającą świetnego balansowania na granicy wielu stanów emocjonalnych rolę dramatyczną. Swój zeszłoroczny debiut filmowy współtworzył z obsadą nieznaną szerszej publiczności, a mimo to zebrał dziesiątki pozytywnych recenzji oraz dorobił się etykietki reżysera z wielkim potencjałem. Oczywistym jest więc, że oczekiwania wobec najnowszego filmu są duże.

Dlatego proszę, Frank, nie zawiedź mnie jak twój hollywoodzki kolega po fachu tydzień temu. Zadbaj o dobrą fabułę, zadbaj o dobre dialogi, zadbaj o dobrą atmosferę na planie, wznieś kilku aktorów na wyższy poziom, tak aby w następnych produkcjach byli jeszcze lepsi. Jedno możesz tylko pominąć – niekoniecznie musisz trzymać mnie w napięciu, kino artystyczne cenię sobie równie bardzo.

MARCIN ŁATACZ

O autorze

Michal Malolepszy

Jestem niepoprawnym marzycielem, uwielbiam być kreatywny. Lubię lubić. Czym interesuję się poza piłką? Kocham pochłaniać kulturę - książka, film czy nawet muzyka.

Related posts

Korzystanie z portalu jest całkowicie darmowe, wobec czego prosimy o to, abyś wyłączył program blokujący reklamy.

Strona dzięki czemu może się utrzymywać, a my możemy tworzyć ten portal i rozwijać się jako społeczność!

X
Chelsea24News

FREE
VIEW