Klątwa numeru „9”
Klątwa numeru „9”

Klątwa numeru „9”

Mit o klątwie numeru 9 w Chelsea sięga pradawnych podań o mierności napastników. Wszystko zaczęło się od przejęcia klubu przez Romana Abramowicza.

Przed erą rosyjskiego oligarchy ten termin nawet nie był znany w klubowej historii. Były mniejsze wymagania od napastników i zespołu, ale również byli zawodnicy, do których nie można było mieć żadnych zarzutów, jak chociażby Kerry Dixon, który po dziś dzień jest na podium najlepszych strzelców klubowych, mimo że grał w Chelsea w latach 1983-1992. Przejęcie klubu przez magnata lalkarstwa sprawiło, że numer 9 stał się strasznie ciężki dla zawodników. Sam Fernando Torres wypowiadał się, że grając dla Chelsea czuł się jakby pływał w mokrych ubraniach, co, jak większość z nas wie, nie jest najłatwiejszą sztuką. Przesądność wśród graczy jest bardzo popularna. Nie zaskakuje wtedy fakt, że po kilku wpadkach transferowych takich jak Mateja Kezman (04/05), Hernan Crespo (05/06), czy Steve Sidwell (07/08) przesąd o fatum ciążącym nad numerem 9 w Chelsea urósł do rangi monstrualnej. Z każdym kolejnym napastnikiem przychodzącym do zespołu coraz większa cześć kibiców liczyła, że nie pokusi się o ten numer. Wiadome jest, że napastnik, który przełamie klątwę będzie na zawsze zapamiętany. Pytanie, czy to ambicja i pewność siebie, czy jednak chęć udowodnienia wyższości, za którą idzie pycha.

Zaczynając od jednego z mniejszych niewypałów na tej pozycji, czyli wcześniej wspomnianego Fernando Torresa. Hiszpan zagrał dla Chelsea 172 mecze i strzelił tylko 42 bramki. Dramatycznie słabe statystyki, patrząc na to, co wyczyniał grając dla Liverpoolu. Kompilacje jego pudeł i straconych piłek można oglądać całymi dniami i tak naprawdę zawsze coś nowego się odkryje. Żaden z niego był atleta. Zawodnik opierający się na szybkości i solidnym wykończeniu został tylko z tym pierwszym. Wykończenie zostawił w szatni na Anfield. Dlaczego więc moim zdaniem jest najmniejszym niewypałem dotychczas? Przez jedną magiczną akcję z sezonu 2011/12. Ta jedna strzelona bramka z Barceloną nie zmazała całości tragicznej historii w niebieskiej koszulce, ale sprawiła, że pomimo tego, jak przeraźliwie nieskuteczny był, to przez wielu został pozytywnie zapamiętany. Wielu z nas do końca życia będzie pamiętać ten okrzyk Garry’ego Nevilla przy strzelonej bramce. Valdesowi pewnie dalej śni się tamten wieczór.

Kolejnym wspomnianym będzie Gonzalo „Emeryt” Higuain. Argentyńczyk ściągnięty do zespołu, aby właśnie załatać dziurę w ataku. Przyjmuję numer 9 i co się dzieje? Już po odejściu z Napoli zaczął gasnąć, ale mimo to Maurizio Sarri uznał, że pociągnie on zespół napastników Chelsea. No jak to wyszło, to jesteśmy świadomi. Mimo wszystko na 18 występów 5 strzelonych bramek to nie jest najgorszy bilans ze wszystkich niebieskich
dziewiątek. Świadczy to tylko o tym, jaki kryzys panował w tej kwestii.

Kolejnym odkryciem transferowym na pozycję napastnika było wypożyczenie Radamela Falcao z Monaco. Nie wiem co autor tego ruchu miał na myśli, ale to od wejścia było skazane na porażkę. Nieudana przygoda w Manchesterze United była już czerwoną flagą sygnalizującą „Jose nie rób tego!”. Portugalczyk nie posłuchał. Radamel w 12 meczach strzelił ogromną liczbę jednej bramki! Przecież to szok, że El Tigre nie poradził sobie w zespole. Ten transfer był ewidentnym podtrzymaniem klątwy numeru 9, ponieważ innego zastosowania Falcao w zespole nie widzę…

Rozważając o genialnych transferach z numerem 9 w Chelsea nie można zapomnieć o Alvaro Moracie. Geniusz teatru, fenomenalny pływak, iście niesamowity hipochondryk, ale nie Pan Piłkarz, a z takim założeniem przychodził do zespołu. Chciał udowodnić całemu światu, że nie jest tylko zmiennikiem, ale że potrafi grać pierwsze skrzypce w ataku zespołu. Rozrzucany między Realem Madryt, a Juventusem Morata nie wiedział chyba, że jak grasz od pierwszych minut, to rywale potrafią nadążyć, ba potrafią się przepychać, gdy nie są podmęczeni. Niesamowite, że Hiszpanowi ta informacja nie została przekazana przy transferze. Nie mówiąc już nic o większym natężeniu ligi angielskiej, bo Alvaro grając w reprezentacji Hiszpanii wygląda tak samo. Najbardziej boli fakt, że daliśmy się na początku oszukać jego skuteczności, bo 6 bramek w pierwszych 6 meczach to całkiem solidny wynik. Niestety, była to tylko zasłona dymna jego późniejszych występów. Łącznie na 72 spotkania strzelił 24 bramki, co brzmi co najmniej dramatycznie…

Wielkimi krokami zbliżaliśmy się do jakiegoś ryzyka odnośnie tej fatalnej 9. Latem 2019 pojawiła się okazja. Do klubu wrócił Tammy Abraham. Wychowanek, który miał ogromne szanse przełamania klątwy. Po dwóch sezonach gry coś mu wyszło w tej materii. Nie złamał klątwy całkowicie, ale Tammy na pewno przez sporą część społeczności fanów Chelsea jest dobrze wspominany. Niektórzy idą dalej i uważają jego odsunięcie na boczny tor i transfer do Romy za ogromny błąd Tuchela. Jest to ewidentny wyjątek względem tego, co się działo po odejściu każdej z poprzednich dziewiątek. Został po nim na pewno niesmak, ale nie można mu odmówić oddania do zespołu. Oczywiście bramek nie nastrzelał wiele, bo 30 w 82 meczach, chociaż jak na wychowanka w Chelsea to nie najgorszy wynik.

Po tych odsłonach klubowej dziewiątki, gdzie warto zaznaczyć, że nie uwzględniłem wszystkich geniuszy takich jak Franco Di Santo, Steve Sidwell, Khalid Boulahrouz, Hernán Crespo, Mateja Kezman, czy Jimmy Floyd Hasselbaink, zostało przyjrzeć się obecnej dziewiątce zespołu z Londynu — Romelu Lukaku. Były zawodnik Chelsea po powrocie w ośmiu meczach już zdobył 4 bramki. Jasne, nie ma czym się ekscytować, bo napastnik w Mediolanie zachwycał skutecznością, natomiast tutaj jest w ogóle inna sytuacja. Tym razem to napastnik dojeżdża, a zespołu brak. Chelsea słynęła ze skrzydłowych i środkowych pomocników, i to właśnie oni większość tytułów zdobywali, a teraz to jest napastnik i do środkowego pomocnika jedna pustka. Romelu jest sam, a daje rade. Oczywiście, bez pokrycia tego w liczbach to puste słowa, ale liczby przyjdą. Nie licząc jednej felernej akcji z Juventusem w Lidze Mistrzów, to o Belgu nie mówi się, że celownik zostawił w domu. Widząc go pędzącego na bramkę zakładamy przynajmniej strzał celny, co w porównaniu z poprzednimi asami, których przytoczyłem, nie było takie oczywiste.

Coś, co niewątpliwie wyróżnia Lukaku w gronie niebieskich dziewiątek, to jego postura. O każdym z poprzednich mówiło się, że szybki, zwinny, może czasem się zastawi, ale nikt nie patrzył na nich jak na czołgi. Lukaku to jest taki czołg. Strzelał bramki na zawołanie w lidze, która słynie głównie z obrony, jest główną strzelbą w czołowej rankingowo reprezentacji Belgii. Romelu Czołg Lukaku jest zawodnikiem przypominającym najlepsze lata Drogby czy Diego Costy. Jest połączeniem agresji Diego, wyrachowania Didiera, przy czym niewątpliwie jest bardziej bramkostrzelny niż Ci dwaj. Czy jest gwaracją bramek? Jak najbardziej. Nie wiem czy dwudziestu w lidzie, ale poniżej piętnastu nie zejdzie na koniec sezonu. Nic tylko czekać, aż jego seria się zacznie, bo póki co, to mamy delikatne podchody. Co najbardziej zaskakuje, to fakt, że Belg już ma najwięcej bramek na Stamford od czasu przyjścia Tuchela, a zagrał tam trzy spotkania w lidze. Big Rom jest pierwszym za kadencji Romana Abramowicza, która ma realną szansę przełamać klątwę. Nie jest u schyłku kariery, nie jest młodzikiem, ograny w wielu ligach, doświadczony. Nic tylko czekać z kartką i długopisem na spisywanie wszystkich bramek. Przygotujmy wielkie formaty papieru.

 

MATEUSZ GUTOWSKI

 

 

 

O autorze

Kacper Piwkowski

Wychowanek Chelsea24News, lubię hiszpańskie kino, postrzelać na Mirażu lub bronić wieżę gdy gram Swainem na supporcie. Kocham piłkę i mogę o niej rozmawiać godzinami, zwłaszcza o tej angielskiej.

Related posts

X
Chelsea24News

FREE
VIEW